reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
10:00

JSpotkanie dwóch ukraińskich zespołów w 3. lidze zapowiadało się bardzo interesująco i od pierwszych minut potwierdziło oczekiwania. Obie drużyny podeszły do meczu ambitnie, grając dynamicznie i odważnie w ofensywie. Nie brakowało szybkich przejść z obrony do ataku, kombinacyjnych akcji oraz prób zaskoczenia rywala nieszablonowymi rozwiązaniami. Tempo było wysokie, a piłka często przenosiła się spod jednej bramki pod drugą.

Lepiej w mecz weszli gospodarze z FC Vikersonn UA, którzy sprawiali wrażenie bardziej uporządkowanych w rozegraniu i częściej potrafili utrzymać się przy piłce. Ich przewaga przyniosła efekt w postaci bramki autorstwa Mykyty Bondarenki, który dał prowadzenie 1:0. Po zdobyciu gola Vikersonn nadal grał aktywnie, próbując podwyższyć wynik, jednak Prykarpattia również potrafiła stworzyć kilka dynamicznych i składnych akcji, które zwiastowały, że druga połowa może wyglądać inaczej.

Po przerwie goście zaczęli grać odważniej i bardziej bezpośrednio. Podkręcili tempo, lepiej wykorzystywali przestrzenie i przede wszystkim byli skuteczniejsi pod bramką rywali. Mecz nie tracił na intensywności – obie drużyny nadal walczyły o każdą piłkę, a akcje były szybkie, płynne i często naprawdę efektowne. Kluczową postacią spotkania okazał się bramkarz Prykarpattii, Mykola Osichnyi, który zanotował kapitalny występ. Jego interwencje w trudnych momentach pozwoliły drużynie utrzymać się w grze i dodały pewności całemu zespołowi. Kilka pewnych obron zatrzymało rozpędzających się gospodarzy i stworzyło fundament pod odwrócenie losów meczu.

W końcówce skuteczność gości przyniosła efekt w postaci trzech bramek i zwycięstwa 3:1. Vikersonn, mimo dobrego początku, nie utrzymał prowadzenia, natomiast Prykarpattia pokazała charakter, lepsze wykończenie i dzięki świetnej postawie bramkarza sięgnęła po cenne trzy punkty.

2
13:00

W niedzielne popołudnie sezon wiosna–lato zainaugurowały drużyny Warsaw Sinaloa oraz Deluxe Barbershop. Spotkanie zapowiadało się bardzo interesująco, gdyż obie ekipy sąsiadują w tabeli, a dzieli je zaledwie jeden punkt.

Gospodarze już od pierwszych minut wrzucili wysokie obroty i mecz toczył się pod ich dyktando. Długo jednak nie potrafili sforsować dobrze ustawionej obrony „barberów”. Ta sztuka udała im się po stałym fragmencie gry, który wykonywał Patryk Abbassi. Po jego uderzeniu piłka odbijała się od obrońców, a najwięcej zimnej krwi zachował Daniel Guba i to on wyprowadził swój zespół na prowadzenie.

Jeszcze przed przerwą Warsaw Sinaloa pokazała, jak dobrze dysponowani są gracze wykonujący stałe fragmenty gry. Tym razem rzut wolny wykonywał Piotr Koperski i silnym, precyzyjnym strzałem pokonał bezradnego bramkarza gości. Zawodnicy Deluxe starali się wyprowadzać ataki, ale gole wpadały tylko na konto gospodarzy i w ten sposób jeszcze przed przerwą wyszli oni na dwubramkowe prowadzenie.

Po wznowieniu nic nie uległo zmianie w ogólnym obrazie gry – Sinaloa starała się prowadzić grę, a ekipa Deluxe czekała na swoje okazje w kontratakach. I to właśnie po jednym z nich goście złapali kontakt – bramkę na 2:1 strzelił Asim Mizzayev i spotkanie nabrało rumieńców. Gra obu zespołów mocno się zaostrzyła i na boisku byliśmy świadkami wielu niepotrzebnych fauli oraz prowokacji, które zdecydowanie zabijały tempo gry i obraz tego, bądź co bądź, naprawdę dobrego spotkania. Lepiej w tym chaosie odnaleźli się zawodnicy Sinaloi i to oni podwyższyli wynik na 3:1. Końcówka spotkania to już zdecydowanie więcej emocji niż piłki nożnej. Oba zespoły zdobyły jeszcze po bramce, ale ostatnie minuty to sceny, których zdecydowanie nie chcielibyśmy oglądać na naszych boiskach.

To bardzo nerwowe spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 4:2 dla gospodarzy i pewnie bardziej niż wynik zapamiętamy wydarzenia z końcówki tego meczu – a szkoda!

3
15:00

Po rundzie jesiennej oba zespoły przystępowały do tego spotkania z wyraźnym kontekstem tabeli - Husaria zajmowała czwarte miejsce, a Łowcy siódme, z pięciopunktową stratą. Był to więc mecz, który mógł nadać kierunek obu drużynom przed rundą wiosenną i jasno pokazać, kto realnie włączy się do walki o wyższe cele.

Lepiej w spotkanie weszła Husaria, która od początku wyglądała konkretniej i bardziej zdecydowanie. Już w pierwszych minutach prowadzenie otworzył Tomasz Hubner, wykorzystując świetny wyrzut z ręki od Kamila Ostapińskiego i pewnie kończąc sytuację sam na sam. Chwilę później było już 0:2 - szybkie wznowienie z autu zaskoczyło defensywę Łowców, a akcję wykończył Patryk Borowski. Po tych ciosach Łowcy zaczęli przejmować inicjatywę. Z każdą minutą coraz dłużej utrzymywali się przy piłce i to oni zaczęli dyktować tempo gry. Tworzyli sytuacje, oddawali strzały, ale brakowało im skuteczności. Uderzenia trafiały wprost w dobrze dysponowanego Ostapińskiego, obijały słupek lub poprzeczkę albo mijały bramkę o centymetry. Do przerwy wynik nie uległ zmianie - Husaria prowadziła 2:0, mimo że to Łowcy mieli więcej z gry.

Po zmianie stron obraz meczu pozostał podobny, ale z jedną kluczową różnicą - Husaria zaczęła „zabijać” mecz kontrami. Gospodarze dalej próbowali budować akcje, ale każda strata piłki kończyła się błyskawicznym atakiem rywali. Niekwestionowanym bohaterem drugiej połowy był Patryk Borowski, który rozegrał kapitalne zawody i zdobył aż cztery bramki, wykorzystując niemal każdą nadarzającą się okazję. Swojego drugiego gola dołożył również Hubner, a jedną bramkę dorzucił Bartek Kamiński. Łowcy, mimo ogromnej liczby sytuacji, byli w stanie odpowiedzieć tylko dwukrotnie - zabrakło skuteczności, która w takim meczu robi największą różnicę.

Ostatecznie Husaria wygrywa 7:2, wysyłając wyraźny sygnał, że wiosną będzie poważnym kandydatem do walki o podium. Łowcy, choć pozostają dwa punkty nad strefą spadkową, pokazali, że potencjał jest - przy lepszej skuteczności mogą jeszcze napsuć krwi niejednemu faworytowi.

4
17:00

W niedzielnym starciu 3. ligi mieliśmy okazję obejrzeć mecz pomiędzy ekipami FC Comeback a ToNie Majami. Ku zaskoczeniu wielu, „underdog” zwyciężył. ToNie Majami to ekipa, która gdy zbierze skład, potrafi zagrać konkretny i jakościowy futbol. Problem polega na tym, że często jest kłopot, aby ten skład skompletować. Tej niedzieli mieliśmy tego świetny przykład - potrafili nie tylko postawić się (na papierze) lepszemu rywalowi, lecz także odnieść cenne zwycięstwo.

Ich początkowe ataki przyniosły zamierzony efekt - objęli prowadzenie. Co więcej, chwilę później udało im się nawet podwyższyć. Ich radość nie trwała jednak długo, gdyż chwila nieuwagi i rozproszenia doprowadziła do tego, że gracze Comebacku wyrównali i „cała zabawa” zaczęła się od początku. Po jednostronnym początku na korzyść graczy Patryka Kamoli obraz gry znacząco się wyrównał i utrzymał się do końca pierwszej połowy, mimo decydującego ciosu tuż przed przerwą, który wyprowadzili zawodnicy niżej notowanej ekipy.

Druga połowa przebiegała już zdecydowanie pod dyktando graczy ToNie Majami. Grali lepszą, bardziej jakościową piłkę od rywala. Co najważniejsze - byli skuteczniejsi i lepiej finalizowali akcje. Przebłyski technicznego geniuszu oraz siła w pojedynkach 1v1 w wykonaniu zawodników gości przysporzyły rywalom wielu problemów.

Ostateczny wynik rywalizacji to 8:5 na korzyść ekipy Patryka Kamoli, co jest sprawiedliwym rezultatem, patrząc na boiskowe wydarzenia.

5
22:00

W 10. kolejce 3. Ligi Fanów na Arenie AWF zmierzyły się zespoły o zgoła odmiennych celach. Walczące o utrzymanie Orzeły Stolicy podjęły kandydującą do mistrzostwa ekipę GLK. Choć faworyt ostatecznie triumfował 3:5, gospodarze postawili mu niezwykle twarde warunki.

Pierwsza połowa była niespodziewanie wyrównana. Wynik otworzyły walczące o ligowy byt Orzeły – po błędzie bramkarza gości piłkę w siatce z zimną krwią umieścił Maciej Kiełpsz. Odpowiedź faworytów była jednak natychmiastowa. Błyskawiczne wyrównanie ustabilizowało grę, ale to GLK zadało bolesny cios tuż przed przerwą, odwracając wynik na 1:2.

W drugiej odsłonie na boisku działo się równie dużo, a na ogromne słowa uznania zasługują obaj bramkarze - Piotr Barański oraz Łukasz Trzpioła. Mimo wysokiego wyniku spotkania to właśnie ich świetne interwencje długo trzymały w ryzach ofensywne zapędy rywali. Ostatecznie o kluczowych trzech punktach dla GLK zadecydowała większa jakość z przodu. Prawdziwym reżyserem gry liderów był Damian Sawicki, w pełni zasłużenie nagrodzony tytułem MVP meczu. Bezlitosnym egzekutorem okazał się z kolei Sebastian Dominiak, kompletując hat-tricka.

Po stronie Orzełów grę ciągnął wspomniany Kiełpsz, autor dwóch trafień, ale mimo ambitnej postawy całego zespołu nie wystarczyło to do zatrzymania pędzącego po tytuł GLK.

Reklama